środa, 6 marca 2019

Dzieci są głośne i krzyczą:)


Moje grzeczne, kochane, zdolne, piękne  i niestety bardzo hałaśliwe dzieci:)

Małe dzieci są głośne, hałaśliwe i krzyczą. To jest fakt!
Dzieci lubią krzyczeć:
  • bo chcą słyszeć swój głos, 
  • bo chcą go "ćwiczyć", 
  • chcą go doświadczać, 
  • chcą wiedzieć, jakie możliwości posiada ich głos, 
  • bo robią to dla zabawy, 
  • bo czegoś mogą chcieć, 
  • bo chcą zwrócić na siebie uwagę, 
  • bo może nie potrafią inaczej czegoś nam zakomunikować, 
  • bo sprawdzają naszą cierpliwość,
  • bo się właściwie rozwijają, 
  • a poza tym są przyzwyczajone do hałasu i wcale im on nie przeszkadza. Hałas jest wszechobecny w szkole, w przedszkolu, w żłobku, na ulicy, na placu zabaw. Dzieci chcą być słyszane i chcą, by ich słuchano, dlatego też bywają głośne. To jest dla nich coś najbardziej normalnego na świecie.
To zaledwie kilka z możliwych powodów, bo można ich znaleźć znacznie więcej. Nie piszę już tutaj o charakterze, może i o genach, które także mają wpływ na zachowania naszych dzieci. Ważne jest jednak to, że wiemy o krzyku i hałaśliwości dzieci. Przez to mamy mniej stresu i lepiej reagujemy na zachowania naszych maluchów. Nie każdy ma dzieci, nie każdy to rozumie lub nie pamięta, że dzieci hałasują. Dlatego bardzo często ludzie reagują w różny sposób, co oczywiście także rozumiem i staram się zawsze znaleźć w sytuacji tych ludzi zdenerwowanych na przykład zachowaniem moich dzieci. Zdarza mi się także kogoś przeprosić za moje pociechy i nie mam z tym problemu.

Sama o tego typu rzeczach przekonuję się teraz, gdy mam dzieci, gdy z nimi rozmawiam, gdy próbuję je zrozumieć i gdy uczę się przebywania z nimi. Wiele razy stawiam się w ich sytuacji i sama, jako matka popełniam mnóstwo błędów i wiem, że to jest normalne. I mi także zresztą zdarza się krzyczeć przy dzieciach, bo są sytuacje, gdy nie da się inaczej szybko zareagować. W naszym przypadku to wówczas, gdy dzieci biją się i to mocno się biją (tak, tak 7 i 5 - ciolatki potrafią się już nie źle "łoić") lub gdy jest jakieś zagrożenie, u nas dotyczy to sytuacji na ulicy lub w komunikacji miejskiej.
O krzyku wiele razy rozmawiamy z dziećmi, zarówno ja, jak i mój mąż, ale pomimo tego, że dzieci wszystko rozumieją to i tak nadal robią swoje. Synowi tłumaczę już czwarty rok, by mówił ciszej, by zachowywał się nieco ciszej i on to świetnie rozumie, ale nie potrafi inaczej mówić lub powstrzymać się od normalnego krzyku, czy takiej lub innej głośnej reakcji. 
Zresztą bardzo często z dziećmi rozmawiamy na tematy, które nas bolą i które nie podobają nam się, jednak mam wrażenie, że wiele tych mądrych rozmów "dojdzie" do naszych dzieci, gdy będą starsze, czyli gdy nabiorą doświadczenia i po prostu się zmienią, wydorośleją. Nie bardzo możemy liczyć w tej kwestii na wiele. Zdaję sobie sprawę z tego, że dopóty dzieci nie podrosną, dopóki będziemy mieli w mieszkaniu ciągły hałas.
Tak wygląda życie i zdobywanie doświadczenia w przebywaniu z dziećmi. Dlatego mam wrażenie, że wielu z nas musi po prostu przejść przez etap krzyku i hałasu wieku dziecięcego.

Dzieci nie bardzo można wyciszyć i nie ma takiej możliwości, by dzieci były cicho, bo niby dlaczego?

Jak jest z Waszymi pociechami? - czy są głośne w domu? czy bardzo hałasują?

środa, 20 lutego 2019

Gramy w gry planszowe!!!

gry planszowe dla dzieci
Nasze ulubione gry:)

Czasami człowiek może zostać miło zaskoczony przez życie. Mnie zdarza się to ostatnio bardzo często, przy moich dzieciach i w związku z tym, że je mam:). Gdyby nie dzieci, to w wielu sytuacjach nie wracałabym do przeszłości i nie zastanawiałabym się nad wieloma rzeczami. Także nie poznałabym wielu różnych form zabawy, jaki dają nam obecne czasy.
 Tak jest między innymi z grami planszowymi.

Nie znałam w dzieciństwie zbyt wielu gier. Nie miałam ich dużo, bo zaledwie jedną i był nią Chińczyk. Czasy były trudne, rodzina biedna, w sklepach pustki, a najbliższy pewex kilkadziesiąt kilometrów dalej, więc i gier nie było. W latach osiemdziesiątych poznałam Monopol, który był hitem na miarę internetu. Na moje i moich sióstr szczęście miała go w posiadaniu znajoma mojej babci. Co tydzień prosiłyśmy babcię, by odwiedziła Panią Jankę i by nas zabrała ze sobą. A u Pani Janki graliśmy zawsze długo i z zapałem w monopol. To były czasy...

Teraz gier jest mnóstwo, a w sklepach nie wiadomo, co wybierać. Kupowałam ostatnio grę w sklepie branżowym i byłam zdziwiona, że taki istnieje i że że sprzedaży gier można się utrzymać:). Sprzedawca - entuzjasta i zapalony gracz - opowiadał o grach z taką pasją, że od razu chciało się grać we wszystko, co poleca. Znał doskonale każdą grę, którą mi pokazywał. W każdą grę grał i każdą testował. Poczułam się przy nim malutką istotką, która na temat gier nie wie nic;))

Zaskoczyła mnie różnorodność gier pod wieloma względami, np. artystycznym, logicznym, wiekowym, przeznaczenia, etc.

My jak na razie gramy z dziećmi głównie w sześć gier (gry na zdjęciu) i bardzo to lubimy. Zazwyczaj przy takiej zabawie jest tyle śmiechu, jak przy dobrej komedii, ale oprócz śmiechu jest jeszcze nauka.
Nauka rozumienia gry, dostosowania się do zasad, zachowania, reakcji na przegraną, na wygraną oraz na zachowanie współgraczy. I zwłaszcza o to nam chodzi, by dzieci uczyły się, jak funkcjonować w społeczeństwie, gdy wygrywamy lub przegrywamy:)
Nasze przygody z grami dopiero się zaczynają, ale już bardzo nam się podobają:)

Jakie gry polecacie?

czwartek, 14 lutego 2019

Dzień świętego Walentego. Dzień miłości.

para młoda
Zdjęcie z naszego ślubu, zrobione w dniu 4 czerwca 2011 roku:)


Dzisiaj było takie piękne święto i tak mi się wzięło na wspominki i różne przemyślenia. 

Kocham dzień świętego Walentego, bo świetnie, że jest, że zakochani mogą mieć świadomość, że jest takie święto, że mają kolejny powód do świętowania. A wszyscy nie-zakochani mają powód do zadumy i może przemyśleń, czy właśnie to im odpowiada, że nie są zakochani, czy może jednak nie? Nie patrzę na to, gdy inni mówią, że to dzień komercyjny, by więcej sprzedać, by zarobić i kogoś znowu na coś naciągnąć. To nie jest ważne. Niekiedy ważna jest idea i to, że jest piękna.
Cudownie, że ktoś, kiedyś pomyślał, by i dla miłości zrobić święto:)

Dzień świętego Walentego, to właśnie dzień miłości, a od tego wiele się zaczyna w naszym życiu. Może nawet od tego wszystko się zaczyna. Oczywiście wszystko zależy, kto, jak na to patrzy. Dzięki mojej miłości zaczęłam inne życie i niewątpliwie poznałam inne wartości, priorytety, mam nowe marzenia, plany i cele. Nie zawsze jest łatwo, ale czy łatwo oznacza dobrze? Ważne, że nam się podoba i że w tym wszystkim jest obecna miłość, że nam pomaga i pcha nas do przodu.
Gdyby nie miłość, kim byśmy byli? Kim byśmy się stali i jak byśmy żyli? Nie chcę wiedzieć. Cieszę się, że odnalazłam swoją miłość i że ona nadal trwa:)))

Życzę Wam wszystkim byście doświadczyli tej piękniejszej miłości.

czwartek, 7 lutego 2019

45 lat minęło - prawie, jak jeden dzień;)))


Ja na moje 45-te urodziny i kwiatki od męża i dzieci:)

W niedzielę obchodziłam swoje 45 urodziny!! Dobrze, że pamięta o nich mąż i najbliżsi znajomi, jak nie oni, to nawet nie wiedziałabym, ile mam lat. Nie mam czasu na razie o tym myśleć i przyznam, że rodzina i małe dzieci są tak zajmujące, że człowiek nie myśli o wielu sprawach, w tym o własnych urodzinach. Zresztą zawsze małą wagę przykładałam do imienin, czy urodzin. Były to dla mnie mało znaczące święta. Pewnie teraz będzie się to zmieniało;)

Tymczasem 45 lat to bardzo dużo!! Kiedyś, gdy miałam kilka/kilkanaście lat,  myślałam, że nie dożyję czterdziestki. A gdy poznawałam kogoś, kto miał więcej niż trzydzieści lat, to wydawał mi się bardzo stary. Kiedy to było...

Teraz sama mam już sporo lat, wielki bagaż doświadczeń, różne przemyślenia, rozmaite doświadczenia związane z pracą, nauką, z ludźmi. Mam wiele zrealizowanych planów, osiągniętych marzeń, dziesiątki poznanych ludzi, wiele przebytych podróży, odbytych rozmów i mam też kilku przyjaciół. Mam swój pogląd na świat, na to, jak chcę żyć, z kim i gdzie. 
Bardzo cieszę się, że pomimo tylu przeżytych lat, nadal mam też marzenia, plany i dążę do czegoś. Może to wszystko nie jest dla mnie jakieś mega trudne, ale jest. Z wiekiem zmieniamy się, życie daje nam wiele lekcji i robi wiele testów, czasami daje nam kopa tego dobrego lub złego, a to wykształca naszą własną filozofię zgodnie, z którą chcemy żyć.

W kilku krótkich zdaniach tak właśnie można podsumować moje czterdziestopięciolecie życia:)
A na następne 45 lat życzę sobie dużo zdrowia:)) Reszta ułoży się tak, jak chcę;))))

piątek, 1 lutego 2019

20 minut dziennie czytania na głos dla dziecka to takie moje minimum.

czytam dzieciom
Jeden z naszych pasjonujących wieczorów z książką.

Uwielbiam czytać dzieciom książki na głos. Z małymi (bardzo małymi) wyjątkami robię to codziennie i nieprzerwanie od kilku lat. Niekiedy zastanawiam się, czy to mi bardziej potrzeba tego czytania, czy dzieciom? 
To taka wyjątkowa chwila, gdy siedzimy razem na sofie, przytulamy się, wyciszamy i wsłuchujemy się w kolejną historię jakiegoś bohatera. 
Bywają też dni, gdy dzieci nie chcą czytania z jakiś powodów i przyznam, że wówczas jest mi przykro. 
Mój mąż nie przepada za czytaniem. Po prostu, nie lubi i koniec. Dlatego nie bardzo mnie wspiera w moich poczynaniach, często dzieci demotywuje i to jest smutne. Na razie jakoś trzeba sobie radzić, więc ile mogę i jak mogę staram się krzewić w moich dzieciach pasję do czytania.

Mam na uwadze, że czytanie to nie tylko bajki i jakieś tam opowiadania. To także zaspokajanie w dziecku jego potrzeb emocjonalnych. Te wszystkie przytulaski, uśmiechy, kuksańce i wspólne rozmowy są cudowne. Dziecko staje się bardziej rozwinięte intelektualnie, bo uczy się języka, myślenia, analizowania i wyciągania wniosków. Uczy się ono wielu wartości, rozwija swoje zainteresowania, poszerza horyzonty, wyobraźnię i moralność. Czytanie przekazuje dziecku bardzo dużo wiedzy ogólnej i ułatwia na dalszym etapie życia naukę innych rzeczy. Czytanie to także ćwiczenie pamięci, poprawianie koncentracji, kolejna pasjonująca rozrywka i pasja.

Czytanie daje dziecku same korzyści i najpiękniejszy czas, jaki możemy dziecku zaoferować, dlatego uważam, że należy poświęcić te minimum 20 minut dziennie na wspólne, głośne czytanie.

Idąc dalej, by dziecko zainteresować czytaniem, musimy także znaleźć odpowiednie lektury na rynku księgarskim, w bibliotekach lub u sąsiadów. Tak też robię od jakiś dwóch lat i jestem ciągle zaskakiwana, jak piękne są teraz bajki i opowiadania. Sama przyznam wciągam się maksymalnie, że niekiedy siedzimy i czytamy po godzinie, albo i dłużej:) Kocham czytanie i oby moje dzieci pokochały.

Nasze ostatnie hity do czytania to przygody bohaterów z serii: "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai". Cudowne opowiadania i świetne historyjki, które wciągają każdego czytającego i słuchającego:))). Polecam wszystkim gorąco!:) 
Poniżej nasze ostatnio przeczytane egzemplarze. 
Te, akurat pożyczone od sąsiadów.




A poniżej także seria trzech (tyko tyle mamy, inne jeszcze nie zakupione) opowiadań o mrówkojadzie i orzesznicy. Bardzo zabawne i bardzo pouczające dla dzieci ...i czasami także dla dorosłych.



Z Klarą obecnie przerabiamy serie dla małych dzieci, czyli o Zuzi:) i inne.

środa, 30 stycznia 2019

Praca w domu to także praca!

pisanie
Pisanie to także praca. Przy komputerze pracuje wiele osób o różnych profesjach...

Dzisiaj w temacie wykrzyknik, czyli zaczynam dość nietypowo;). 

Na tapecie znany temat, a mianowicie o tym, że praca w domu i przy dzieciach do lekkich i przyjemnych nierzadko nie należy i, że to też jest praca! Praca do końca życia. 

Wiele kobiet ucieka od tego tematu lub go marginalizuje. Kobiety zazwyczaj umniejszają swoją pracę domową. Nie chcą przyznać, że praca w domu to praca i to ciężka. Zdarza się, że jedne kobiety wyśmiewają się z drugich, gdy te dokonały swoich wyborów na rzecz pracy w domu (dla rodziny i niekiedy także zawodowej-zdalnej). 

Często ma się to nijak do pracy "u kogoś", bo w każdej pracy "u kogoś", możesz sobie zrobić przerwę, możesz pojechać na urlop, możesz z niej odejść lub z niej zrezygnować, masz prawo zachorować, możesz się z czymś spóźnić, możesz coś zawalić, może się zdarzyć wiele. 

I chociaż w domu także może się zdarzyć wiele, to z domu i  rodziny nie zrezygnujesz, nie oddasz dzieci, nie wyjedziesz na urlop bez nich, nie możesz wyjść z domu sama w dowolnym momencie, nie możesz być na zwolnieniu lekarskim i leczyć się w łóżku, odpoczywać. Nie masz przerwy od codziennych prac, od gotowania, sprzątania, prania, układania, uczenia dzieci, rozmów, czytania. Jesteś częściowo ubezwłasnowolniona. Masz pod opieką życie swoje i dzieci i wszystko inne, co się z tym wiąże.  Rodzina jest czymś, co masz już do końca życia i od Ciebie najwięcej zależy, jak ona będzie funkcjonować i wyglądać, a w to trzeba włożyć wiele pracy i wysiłku...

A pro po rodziny. Kiedyś jakaś blogerka zrobiła wpis na blogu i w temacie napisała "dostałam dożywocie", czy coś w tym rodzaju. Po jego temacie byłam przekonana, że poszła do więzienia i dostała dożywocie. Oczywiście natychmiast weszłam, by przeczytać, dlaczego taki ciężki wyrok i co się stało?

Okazało się, że ma dwójkę dzieci, w przykrych okolicznościach musiała się rozstać (by przeżyć) ze swoim mężem i ma młyn w życiu taki, że ledwo daje sobie radę. A właściwie to jeszcze nie wie, jak sobie ze wszystkim poradzi. Dosadnie, rzeczowo i prawdziwie opisała swoją aktualną sytuację i pozwoliła sobie na komentarz, że to jest jak "dożywocie". To przykre, ale myślałam o tym i ona pisała prawdę, użyła celnego i trafnego porównania. 
Kobieta została sama, ma na głowie pracę w domu, pracę z dziećmi i pracę zawodową (czyli w sumie trzy etaty). To w temacie rodziny, którą ma się do końca życia i którą kocha się ponad życie i trzeba jej trochę poświęcić i ciężko harować, by wychodzić na prostą.

Troszkę zeszłam z tematu (ale tylko dlatego, że rodzina wiąże się z pracą w domu), więc wracam. Kobiety wychowują dzieci i prowadzą dom. To one najczęściej ciężko pracują w domu. Większość osób traktuje takie kobiety i to, co one robią, jako coś oczywistego, jako coś normalnego i jako nie pracę, a ot, normalną i oczywistą egzystencję. Egzystencję rozumianą, jako łatwą, sielską i przyjemną.  Ile to ja razy słyszałam: "ach, Ty jesteś na urlopie - ale Ci dobrze". A to owszem był urlop, ale macierzyński, albo wychowawczy, który wiąże się z pracą, a nie z odpoczynkiem.

Często spotykam kobiety-matki i wiele z nich umniejsza rolę pracy kobiety w rodzinie. Wiele z nich bagatelizuje swoją i innych pracę w domu lub żartuje sobie z tych kobiet, które w domu pracują. Uważają one, że jeżeli kobieta wychowuje dzieci, prowadzi dom i być może pracuje zawodowo z domu, to już w ogóle ma łatwo i przyjemnie. Nic, tylko pozazdrościć, "bo Ty siedzisz w domu".

Kobiety są często przez takie komentarze niedowartościowane, zakompleksione, często zagubione lub niepewne, co do siebie i swojego dalszego życia. Nawet jeśli kobieta ma plan, co dalej i go w jakiejś mierze realizuje i już wiele rzeczy jej się układa wyśmienicie, to to jest nic. Często nie czuje się pewna tego, co robi. Często nie chce o tym mówić, bo może wywołać to mieszane komentarze. Takie kobiety często znacznie ciężej harują, by w końcu wszystkim wszystko znów udowadniać i by osiągnąć zamierzony cel lub marzenie. Gdy już go osiągną to mówi się, że się w domu wynudziły i wreszcie coś robią dla Siebie.

Obecnie także prowadzę dom i pracuje z domu, i napiszę Wam, że nie jest sielsko, a mój dzień pracy to minimum 18 godzin. Mam zatem około 6 godzin snu, który byłby dla mnie wystarczający, gdyby nie był zakłócany przez różne nieoczekiwane, lub niezaplanowane zdarzenia rodzinne.
To normalne i tak jest, gdy jest rodzina, gdy w domu jest więcej niż jedna lub dwie osoby. 

Często słyszę rozmaite komentarze, ale napiszę Wam, że już nie dyskutuję, nie biorę udziału w takich rozmowach. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście porozmawiać lub ma ochotę dowiedzieć się, jak jest naprawdę to chętnie opowiadam, ale nie włączam się do rozmów "bardzo mądrych i wszystkowiedzących ludzi". Wiem swoje, znam życie od tej prawdziwej strony i nie upiększam fałszywie rzeczywistości, która bywa lekka i przyjemna, ale także trudna i przykra.

Jak jest u Was?

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Cele na Rok 2019 - czy ktoś to jeszcze planuje?

   
http://ciaza-przed-40tka.blogspot.com/http://ciaza-przed-40tka.blogspot.com/http://ciaza-przed-40tka.blogspot.com/
Ja przed Nowym Rokiem:) - uwielbiam tę sukienkę!!

Jeszcze mamy styczeń, więc mogę zacząć pisanie od moich postanowień na 2019!

Mam taki zwyczaj, że w grudniu Starego Roku zawsze rozliczam się ze swoich starych postanowień, a w styczniu Nowego Roku spisuję nowe.

Robię to każdego roku, systematycznie, sumiennie i zawsze. 
Okazało się, że tym razem po raz pierwszy w życiu nie zrealizowałam 60% swoich ubiegłorocznych postanowień! Z ogromnym niedowierzaniem wlepiałam wzrok w mój kalendarz, gdzie zapisałam moje punkty. Śmieszne w tym wszystkich jest to, że nie były to jakieś wygórowane cele, a proste i rzeczywiście do zrobienia rzeczy. Nie miałam też tych punktów sporo, a mimo to, nie zrealizowałam ich. Po raz pierwszy nie zrobiłam tego, co sobie wytyczyłam na dany rok. 
Były lata, gdy tych punktów było sporo i do tego ciężkiego kalibru, a jednak robiłam zawsze wszystko po kolei. Jakimś cudem wszystko miałam zawsze odhaczone. Tym razem nie udało się i przyznam, że było mi z tego powodu trochę przykro, ale oczywiście wiem, dlaczego tak się stało.

Gdy człowiek zakłada rodzinę, gdy w domu pojawiają się dzieci, to jego cele i zamierzenia schodzą na plan dalszy. Wiele rzeczy można planować i wiele można chcieć zrobić, ale wystarczy, że dziecko jest chore i już wszystko można spalić na panewce. Najważniejsze jest jednak małe dziecko. Decydując się na dzieci wiedziałam, że w pierwszych latach ich życia zrezygnuję z wielu swoich spraw i zakładałam to odgórnie. Nie było mi też niczego żal, bo jednak wiele swoich planów osiągnęłam i wiele marzeń spełniłam, więc przeszłam nad tym do porządku dziennego. choć przyznam bywało trudno. Myślę, że gorzej jest z kobietami, które decydują się na dzieci w młodszym wieku (gdy nie mają pomocy), bo mogą czuć pewien niedosyt, nazwę to kolokwialnie, życia.

Wracając do postanowień na ten rok, to lista jest porównywalna z poprzednim rokiem, jednakże muszę nadgonić punkty niezrealizowane w 2018 i dodatkowo zrobić kilka nowych.
 Podzieliłam sobie też moje zamierzenia na miesiące, bo tym razem muszę mieć wszystko zrobione. Napiszę bardzo korporacyjnie, że dołożę wszelkich starań a "wykonam plan". Oby tylko coś poważnego nie stanęło mi na drodze, bo wówczas może być źle:(

Tak się zastanawia, czy wiele osób robi jeszcze postanowienia noworoczne? Czy może jestem jakimś niezłym dinozaurem?

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Udanego Nowego Roku 2019

nowy rok

W Nowym Roku 2019 
życzymy Wam dużo radości, spokoju, cierpliwości a także spełniania marzeń i realizacji wszelkich planów oraz uśmiechu i po prostu szczęścia we wszystkim i wszędzie, gdzie to tylko możliwe.

Kamila z Rodziną

wtorek, 30 października 2018

Szkoła dla sześciolatka nie taka straszna.

Tomek już po pierwszym dniu w szkole:)
 
Tomek od września poszedł do zerówki szkolnej. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej. W decyzji pomogła nam sugestia i rada Pani Profesor Jagody Cieszyńskiej oraz (nie ukrywam) nasze niezadowolenie ze słabej edukacji w przedszkolu. 
Długo nad tym myśleliśmy i rozważaliśmy wszystkie za i przeciw. Braliśmy pod uwagę zmianę otoczenia dla dziecka, jego odczucia, uciążliwości dla rodziców i tysiące innych rzeczy. Dużo z Tomkiem rozmawialiśmy i przygotowywaliśmy go na zmiany w jego życiu. Na szczęście Tomek nie był jakoś specjalnie przeciwny, a że zbiegło się to wszystko z tym, że koledzy w przedszkolu zaczęli mieć inne upodobania i zainteresowania, niż Tomek, to bardzo nam to pomogło.
Obecnie z perspektywy już prawie dwóch miesięcy jesteśmy, z tej decyzji bardzo zadowoleni. A Tomek?
Tomek jest szczęśliwy i cały czas nam o tym mówi, co nas jeszcze bardziej cieszy. Uważa, że to była dobra decyzja i zarówno szkoła, jej system, nowe dzieci, nowe otoczenie, jak i zasady bardzo mu się podobają. 
Muszę przyznać, że pytałam wcześniej o tą szkołę i zbierałam informację to tu, to tam, ale jednak wiele tego, co otrzymałam było bardzo subiektywne i często szczątkowo przekazywane przez rodziców, mniej lub bardziej zadowolonych lub czasami także sfrustrowanych. Wobec czego do końca nie byłam przygotowana na to, co nas będzie czekać.

Tomek otrzymuje od zastępcy Burmistrza wyprawkę dla przedszkolaka, a na zajęciu obok już przed szkołą:)

Po tym wszystkim pierwszy miesiąc w szkole to było, przede wszystkim dla mnie, ogromne pozytywne zaskoczenie. Uważam, że zarówno organizacja, jak i zdroworozsądkowe podejście do wielu rozwiązań i rzeczy jest w niej bardzo dobre i nam to odpowiada. Tomek trafił także na bardzo miłą, serdeczną, wyrozumiałą, dyskretną i wymagającą Panią, a to często jest najważniejsze.

Tomek jest w zerówce w szkole sportowej, a co z tego wynika? Dzieci mają dużo sportu i są bardzo mocno zaangażowane w różne rodzaje aktywności. Po zajęciach szkolnych można je także zapisać na inne dodatkowe zajęcia sportowe, które są dodatkowo płatne. Jest wiele zajęć pozasportowych, w których dziecko może uczestniczyć. W godzinach szkolnych dzieci mają także basen, za który płacimy dodatkowo, ale to nie jest takie istotne. Najważniejsze jest to, że basen mają z wykwalifikowaną kadrą, której zależy na solidnej nauce dziecka. Te zajęcia nie obciążają także rodziców, bo nauczyciele i trenerzy sami idą z dziećmi na basen i je potem odprowadzają do szkoły, do świetlicy lub do klas.

Długo i dużo mogłabym pisać o szkole Tomka, jednak postaram się skupić na podsumowaniu i może wnioskach, które nam bardzo pasują. Nam szkoła odpowiada, a Tomek nadal jest zachwycony i zaczyna myśleć inaczej niż przedszkolak. Ma priorytety i przyszłe plany związane ze szkołą. To wręcz niesamowite!! 
Mój syn staje się coraz bardziej samodzielny i pewny siebie!:)

PODSUMOWANIE:
  • w szkole dzieci muszą być na 8.00 i mają planowane zajęcia średnio do 14.30, tzn. nie można ich odbierać wcześniej,
  • dwa razy w tygodniu jest rytmika,
  • dwa razy w tygodniu W-F (45 minutowe zajęcia sportowe),
  • dwa razu w tygodniu angielski,
  • dwa razy w tygodniu religia,
  • raz w tygodniu basen 45 minut (płatny),
  • od 14.30 do 16.00 jest aktywna świetlica sześciolatków,
  • od 16.00 do 17.00 dzieci oczekują w świetlicy dla wszystkich dzieci z klas 0-III (nadmienię, że nie ma wówczas dużo dzieci. Tomek był raz w tych godzinach na świetlicy - zresztą na własne życzenie - i był zachwycony!),
  • jeżeli w godzinach między 14.30 a 17.00 dzieci są zapisane na inne zajęcia pozalekcyjne to opiekun/trener przychodzi i odbiera dziecko ze świetlicy, a potem je odprowadza (wcześniej rodzice piszą pozwolenie),
  • sześciolatki i klasy pierwsze mają swoją oddzielną część w szkole z toaletą (oczywiście jest taż szatnia),
  • każdy sześciolatek ma osobną szafkę na wszystkie przybory i książki,
  • w szkole jest także dwóch logopedów, którzy pracują z każdym dzieckiem przynajmniej raz w tygodniu,
  • dla sześciolatków są oddzielne terminy na spożywanie posiłków na stołówce. Posiłki można wykupić oczywiście w dowolnym zestawie,
  • dzieci co miesiąc mają koncert w szkole i dwa razy w miesiącu wyjścia, np. do muzeum, na zajęcia do MDK lub w inne ciekawe miejsce. Do tej pory byli już w muzeum etnograficznym w pracowni gliny, cukierków i biżuterii,
  • oprócz tego czeka ich wiele różnych atrakcji przewidzianych dla klas 0-III, jak np. bal karnawałowy:).
Jeżeli rodzice pracują i nie mają pomocy do dzieci to nasza szkoła bardzo im w tym pomaga, by mogli jakoś sobie poradzić i pracować. Mają do godziny 17.00 (lub dłużej, jeżeli dziecko uczęszcza w zajęciach po 17.00) zagwarantowaną opiekę dla swoich dzieci. To jest piękne! Oczywiście, że niekiedy dzieci wolałyby więcej czasu być w domu, ale czasami się nie da. Co ma zrobić rodzić, który musi pracować i chce edukować swoje dziecko? Chętnie liczy na pomoc szkoły, przedszkola. A szkoły, tak jak i przedszkola uczą życia, tylko może nieco wcześniej;)) 

A, i jeszcze jedno. Ubolewam nad tym, że ponownie to siedmiolatki zaczynają pierwszą klasę, a nie sześciolatki. Uważam, że lepszym rozwiązaniem dla dziecka jest to, że zaczyna się uczyć wcześniej i wcześniej do wielu rzeczy dojrzewa. Tak, jak teraz nasz świat rozwija się w tempie zabójczym.

Mój Zerówkowicz:)

środa, 17 października 2018

#mamaczytadlasiebie



To będzie nietypowy wpis po tak długiej przerwie. Nietypowy, bo nie o dzieciach, nie o rodzinie a o samej mamie, czyli mnie. W sumie ja to też rodzina, ale nie w tym rzecz. Tym razem nie pisałam z tego samego powodu, co poprzednio. Nadmiar obowiązków, trójka dzieci, zmęczenie i takie tam podobne sprawy dawały o sobie znać. W takich sytuacjach rezygnuję z tego, co mogę i co nie spowoduje zagłady świata. A tym właśnie jest blog. Blog miał być relaksem a nie dołożeniem dodatkowych obowiązków. Dlatego też już nie robię planów, kiedy i o czym napiszę, ale robię to co mogę i kiedy mogę.

Tymczasem mamy październik i piękną jesień a ja chcę się pochwalić jedną rzeczą, która nie jest nadzwyczajna, ale która daje mi mnóstwo radości i jakiejś pozytywnej energii, i którą już udało mi się zrealizować. Dawno temu obiecałam sobie, że kiedyś wrócę do czytania "moich" książek. Niegdyś (przed urodzeniem dzieci) wręcz  pochłaniałam je, jak niektórzy słodycze.

 Wreszcie na tych wakacjach zaczęłam sobie "coś" w każdej wolnej, nawet krótkiej chwili czytać. 

Obiecałam sobie, że postaram się przeczytać choć jedną książkę miesięcznie, a szczytem szczęścia będą dwie. Acha, żeby to było jasne, mają to być książki niezwiązane z wychowywaniem dzieci, z ich odżywianiem etc. oraz żadne bajki, baśnie, czy legendy. Mają to być książki, które zawsze chciałam przeczytać, albo takie czytane dla przyjemności wszelkiego rodzaju. Żadne poradniki, podręczniki, leksykony i takie tam.

I wiecie co? - udało mi się!!!! Przynajmniej do tej pory przeczytałam kilka wspaniałych książek i jest mi z tym bardzo dobrze. To takie małe coś dla siebie, tylko dla siebie, co mogę zrobić - oddać się lekturze i mieć te swoje 5 minut. Kiedy tylko mogę biorę książkę i czytam i choć nie mam w tygodniu wielu takich momentów, to jednak udało mi się od lipca do tej pory przeczytać pięć pozycji:

Miłość w czasach zarazy - Gabriel Garcia Marquez
Siedem dobrych lat - Etgar Keret
Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk
Tylko ja sama - Roma Ligocka
Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafon,


czyli prawie dwie książki miesięcznie. To istny cud, że w mojej codzienności znalazłam aż tyle czasu dla siebie:)


Dla jednych to żaden wyczyn, dla innych to wręcz osiągnięcie na miarę Nobla. Dla mnie to coś, co kocham i cieszę się, że mogę wreszcie to robić.


Nie należy się czarować i przyznać, że przy trójce dzieci wypada na jakiś czas zrezygnować z wielu przyjemności, czy z zainteresowań. No chyba, że ktoś ma końskie zdrowie i możliwość spania 2 do 4 godzin na dobę, ale i to czasami jest mało wystarczające. Sama z własnej woli zrezygnowałam z wielu moich pasji i nie było to żadne poświęcenie, bo chcę być z dziećmi i chcę się z nimi bawić, rozmawiać, uczyć i rozwijać. Po prostu wiem, że z wielu rzeczy na jakiś czas rezygnuję i wrócę do tego, gdy dzieci będą starsze. Starsze nie oznacza dla mnie pełnoletności, a raczej tego, gdy osiągną jakąś rozsądną samodzielność. I to właśnie się już dzieje. 


Tomek ma 6 lat, Karinka prawie 5 i to są dzieci, które chętnie uczestniczą w różnych zajęciach, lubią się czasami pobawić same, mają już znajomych i zdarza się tak, że dają mamie i tacie jakieś naście minut dla siebie. Oczywiście nie można ich zostawić bez opieki, ale już nie trzeba podcierać przysłowiowej pupy.


Tymczasem wracając jeszcze na krótko do mojego czytania. Tym razem, w tym moim życiu, pożyczam książki od innych i to jest też piękne:) Na razie jest sporo różnorodności, bo ludzie są różni i przez to literatura, skrajnie inna, a ja chcę czytać to, co dla mnie obce:) 
Kiedyś kupowałam dużo książek i potem nie miałam już miejsca na nie. Teraz pożyczam i bardzo mi się to podoba. 

cdn.

środa, 18 kwietnia 2018

Klara skończyła już 2 latka!!!



Nasza mała Dwulatka-Klara:)

12 kwietnia Klara skończyła 2 latka!!! Dzieci rosną jak na drożdżach, szybko i intensywnie:)
Klara bardzo przypomina nam w rozwoju, w wyglądzie i zachowaniu Tomka. Jest bardzo do niego podobna, choć oczywiście jest inna.
  • Jest bardzo wesoła, uśmiechnięta i "rozmowna" na swój sposób:) Wszędzie jej pełno i uwielbia się przytulać do rodziców i rodzeństwa. Jest bardzo przyjazna, miła i urocza.
  • Jeszcze nie mówi pełnymi zdaniami, choć bardzo intensywnie i dokładnie się z nami komunikuje:) Mówi dużo pojedynczych wyrazów i bardzo dużo sylab! (To jest częściowo efekt mojego uczenia starszych dzieci czytania metodą sylabową. My powtarzamy sylaby, a Klara to wszystko "łapie"!)
  • Klara jest zwinna, szybka, energiczna i dynamiczna. Nie lubi jeździć w wózku, a chętnie chodzi sama. Gdy zmęczy się już i pada na nóżki to pokazuje, że chce usiąść na wózek. 

tort z pszczółką Mają
Tort dla Klary na 2 latka:) Był śliczny i pyszny:)



  • Chętnie ogląda książeczki i sobie dyskutuje w swoim języku na temat różnych obrazków. Lubimy z nią siedzieć i pokazywać obrazki na których są różne zwierzęta, produkty, rzeczy, rośliny itd..., bo czasami jest bardzo zabawnie.
  • Nie potrafi się jeszcze skupić i słuchać, gdy czytamy bajki. Nie jest także zwolenniczką oglądania bajek. W przypadku Tomka, czy Karinki puszczaliśmy niekiedy (tj. w sytuacjach awaryjnych) bajki. Wówczas było wiadomo, że możemy coś szybko zrobić i na jakiś czas dzieci są zajęte. Z Klarą ten sposób nie sprawdza się. 
  • Uwielbia bawić się na dworze, na placach zabaw, na polankach. Wchodzi w różne dyskusje z dziećmi, ale nie jest zaborcza i na szczęście nie zabiera nikomu zabawek.
  • Za to chętnie "częstuje" się jedzeniem innych. To mały łakomczuszek i dziecko, które je wszystko. Próbuje różne smaki i najlepiej jadłaby po kilka śniadań. Musimy uważać, by nie zrobił się z niej mały obżartusek;)
  • W mieszkaniu potrafi bawić się sama i robi to cudownie. Uwielbiam ją wówczas oglądać, a raczej podglądać. Bawi się na przykład lalkami i mówi do nich, karmi je, kładzie je spać, przewija je. To takie kochane!:)
  • Gdy jest cicho to znak, że robi coś niedozwolonego i zalecane jest sprawdzić, co. W takich sytuacjach najczęściej Klara bierze w swoje rączki jakiś krem i smaruje, co popadnie. Niestety często bawi się też "kupą". Ona traktuje to, jako zabawę, a ja mam dużo sprzątania.
  • Klara potrafi się też bardzo denerwować i gdy coś jej się nie podoba zaczyna płakać i ucieka do drugiego pomieszczenia, trzaskając przy tym drzwiami. Kiedyś dzieci pokazały jej, jak trzaskać drzwiami i teraz uwielbia stosować ten środek perswazji na rodzicach, a ja martwię się, ile te drzwi jeszcze wytrzymają.
  • Jest bardzo przyjazna dla Tomka i Karinki, ale już potrafi walczyć o swoje. Chętnie się z nimi bawi, ale gdy jej coś zabierają albo ograniczają, to nie popuści!
  • Najchętniej śpi z rodzicami, choć od kilku dni oduczam ją tego i mam nadzieję, że mi się uda. Na razie dwie noce przespała poza naszym łóżkiem i odbieram to jako mój sukces!!!! (kolejny mały sukces:)).
  • Niekiedy jest zazdrosna, ale w porównaniu do zazdrości Tomka lub Karinki to mały szczegół. Myślę sobie, że urodziła się i wychowuje w dużej rodzinie i jest dla niej całkiem naturalne, że nie jest sama, a ma jeszcze rodzeństwo.
  • Klara nie nosi już smoczka. Nie używała go długo, bo praktycznie od około pierwszego roku życia do około 23 miesiąca życia i to przez nas, przez rodziców. Mieliśmy kiedyś jakąś sytuację kryzysową (choroby wszystkich dzieci i takie tam związane z tym perypetie) i wówczas nauczyliśmy ją korzystania ze smoczka, by móc też odpocząć. Odzwyczajanie trwało około tygodnia i było krzykliwe, płaczliwe i dość uciążliwe, Ale ostatecznie byłam twarda i się nie poddałam. Obecnie czasami bywa, że"ciumka" w nocy, ale wówczas staramy się jej podać wodę i to pomaga. Może ciumka właśnie z pragnienia.
  • A poniżej krótki filmiz z Klarą w roli głównej:)))
Klara na placu zabaw, uczy się skakać:)

To tylko najważniejsze cechy Klary i cieszę się bardzo, że tak pięknie się rozwija:) a wypunktowanie jej najważniejszych zalet sprawia mi wiele radości.
Potem szybko można do nich wrócić i przypominam sobie, co było kiedyś. Śmieję się z tego, płaczę i wspominam:)))

piątek, 6 kwietnia 2018

Moja rodzina kiedyś (1978) i dziś (2017)...

Moja rodzina, gdy miałam kilka lat i moja rodzina, gdy mam czterdzieści kilka lat. Czy widzicie podobieństwo?

Ostatnio, gdy mam tylko chwilę (bywa to zazwyczaj nocą), to porządkuję stare rodzinne zdjęcia. Nie mam ich dużo (generalnie w rodzinie nie mamy ich sporo, ale warto je uporządkować, zeskanować i jakoś wydać), a szkoda. No cóż czasy były inne, bo nie było telefonów komórkowych, którymi rejestruje się każdą chwilę. Nie było tyle aparatów fotograficznych, a jak były to drogie i nie na każdą kieszeń. Jeżeli chciało się zrobić zdjęcie to należało pójść do fotografa. U nas w miejscu, gdzie mieszkałam w latach siedemdziesiątych był tylko jeden fotograf na całą okolicę!! I nie był tani:(
W tej sytuacji i zdjęć było mało. Zdjęć z dzieciństwa, które przypadało na lata siedemdziesiąte mam niewiele i bardzo tego żałuję, choć nie moja to wina. Miło było by teraz na siebie popatrzeć i wiedzieć, jak się wyglądało dawniej. Szkoda, że nie ma też żadnych filmów, bo chętnie oglądnęłabym siebie, jak stawiam pierwsze kroki, jak zaczynam mówić i jak się zachowuję. 
Dobre jest to, że choć cokolwiek się uchowało i można na przykład porównać, czy nasze dzieci są takie, jak my, gdy byliśmy mali:))))

I dlatego porównuję, co mam. Spójrzcie poniżej dwa zdjęcia dwóch rodzin. Dwóch moich rodzin. Na pierwszym zdjęciu jestem z rodzicami. To zdjęcia z lat siedemdziesiątych, tj. około 1978 rok. 
Ja, to ta mała, uśmiechnięta dziewczynka po lewej stronie na kolanach taty. Jestem w sweterku, którego jeszcze pamiętam! Zdjęcie zrobione oczywiście u fotografa:) 

A jeszcze niżej zdjęcie także mojej rodziny, ale gdy ja jestem już mamą. To rok 2017 i spontanicznie zrobione zdjęcie w mieszkaniu. To zdjęcie przypomina mi bardzo to sprzed czterdziestu lat. Rodzice na kolanach mają dwie córeczki a za nimi stoi najstarsze dziecko.

Wydaje się, że Klara, która siedzi na kolanach męża jest bardzo do mnie podobna. Szkoda, że na tym zdjęciu akurat nie uśmiecha się, ale podobieństwo jest moim zdaniem bardzo widoczne. Moja córeczka Karinka wydaje się też być bardzo podobna do mojej siostry, która siedzi na kolanach mamy. 
Jakby nie było to wszystko rodzina:)



Moja rodzina około 1978 roku. Ja, to ta dziewczynka na kolanach taty po prawej stronie.

Moja rodzina w 2017 roku. Jestem już mamą i także siedzę po prawej stronie, ale na kolanach trzymam moją córeczkę:)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Słodycze, to nasze przekleństwo;)...

Na Święta Bożego Narodzenia Tomek i Karinka dostały od Ciocie torbę słodyczy...

Słodycze to moja zmora. Nie cierpię "walki" ze słodkościami, a ciągle z nimi walczę. Nie dość, że sama lubiłam zawsze bardzo słodycze to teraz moje dzieci je także lubią. Dużą przesadą będzie, jeżeli napiszę, że je uwielbiają, raczej lubią.
Gdy byłam mała, słodycze nie były dostępne. Znałam smak landrynek i cukierków toffi z PRL. Wszystkie inne rzeczy zawsze pozostawały w sferze marzeń. Gdy ktoś przyjeżdżał z Niemiec lub był w większym mieście i robił zakupy w słynnym Pewex-ie, wówczas miałam możliwość wraz z rodzeństwem spróbować czekolady, toblerone, kokosów w czekoladzie lub innych smakołyków. To było coś niesamowitego, gdy dostawaliśmy po rządku czekolady... Ten smak, ta woń i ten niedosyt. Pamiętam to uczucie jeszcze dzisiaj. 
Czy Ktoś pamięta jeszcze słodycze z PRL-u?

Obecnie żyjemy już w czasach, gdy wszystko jest w sklepach, a słodycze są tak wszechobecne, jak tlen. Te zaś i cukier w nich zawarty nie pomagają rodzicom w prawidłowym odżywaniu dzieci. Nie jesteśmy w stanie ukryć przed dziećmi witryn sklepowych, wszystkich miejsc, gdzie są słodycze. Nie jesteśmy w stanie uchronić ich od wszystkich ludzi, którzy chcą być kochani i mili i serdeczni i częstują dzieci słodyczami. W mentalności wielu osób, przede wszystkim starszych oraz tych, które nie mają dzieci a sami lubią słodycze, tkwi przekonanie, że dziecku należy podarować coś słodkiego (niegdyś także wychodziłam z takiego założenia, bo nie miałam dzieci). W naszym domu, to ja jestem (wbrew pozorom) tą złą osobą i to ja ciągle mówię, że słodycze są złym wyborem. Staram się edukować te moje (jeszcze) maluchy i czasami jest lepiej, a czasami gorzej. Chciałbym kiedyś usłyszeć od mojego dziecka odmowę przyjęcia czegoś słodkiego. 
Czy to jest realne?

W domu nie jemy dużo słodyczy. Mamy słodką sobotę, podczas której nasze pociechy maja serwowane słodkości, ale czasami o tym zapominamy. W tygodniu dzieci dostają codziennie po jednej rzeczy, np. lody, flipsy, paczkę żelek (na trójkę), batonik od Anny Lewandowskiej (zdjęcie poniżej). Gdy jestem z nimi sama, to przestrzeganie wszelkich reguł przychodzi mi łatwiej. Wówczas częściej jako deser, czy przysmak podaję owoce, galaretkę z owocami, suszone owoce, koktajl lub sok z owoców itp., ale zdarza mi się także podać naleśniki z twarogiem na słodko, gofry z pudrem, albo budyń. Sama też przy dzieciach przestrzegam diety słodyczowej.

Gorzej, gdy w domu jest tatuś, który sam je bardzo mało słodkiego, ale nie widzi powodów, by je ograniczać dzieciom. Jeżeli mnie nie ma dłużej (np. kilka godzin), to robi "stół szwedzki z samych słodyczy" dla dzieci. Wówczas mówi, że nie ma mamy i jest święto, bo wszystko można. To dla mnie najgorsza rzecz pod słońcem. Wówczas dzieci nie chcą jeść nawet posiłku. Oczywiście dowiaduję się o tym natychmiast, bo dzieci powiedzą wiele, a moje czasami nawet dodadzą coś do tego, by nieco podkoloryzować. To jest powód do moich niefajnych dyskusji z mężem, ale mąż nic sobie z tego nie robi. Też tak macie?

Jak to wygląda od strony moich dzieci? 
Ano Karinka jest na szczęście bardzo wybredna i owszem poczęstuje się wszystkim, ale zje z tego niewiele. W różnych okresach ma swoje ulubione przysmaki, które często się zmieniają. Czasami nawet nic nie chce słodkiego. Bardziej przekonują ją produkty typu sok z owoców lub taki "zdrowszy baton".
Tomek jest ogromnym łasuchem i pomimo złych skutków ubocznych jedzenia przez niego słodyczy (wysypki, uczulenia, swąd skóry i zatwardzenie), mógłby się nimi napychać całe dnie. A Klara je obecnie wszystko, co dostanie. Mówimy, że jest małym śmietnikiem.
To są jeszcze małe dzieci, więc edukacja w tej sferze jest bardzo ważna. Chciałabym, aby brały sobie do serca raczej to, co mówię ja niż mąż i bardzo chciałabym, aby nie brały słodkości od innych, jakby to było coś super niedostępnego. Dlatego też nie ograniczamy całkowicie słodyczy. Chcemy, by wiedziały, że coś takiego istnieje i owszem można to jeść, ale z umiarem i kontrolą. Nie wyobrażam sobie, co się dzieje, gdy dzieci są w szkole, a szkolne sklepiki bombardują wszystkich swoją ofertą słodkich specjałów??

Tymczasem tak informacyjnie, Tomek wziął do ust po raz pierwszy coś słodkiego, gdy miał 2 lata. Do tego czasu chroniłam go zawzięcie i mi się udawało, bo był sam i mieliśmy nad nim (i towarzystwem) całkowitą kontrolę. Karinka, niestety, już w wieku około roku została poczęstowana przez brata czymś słodkim, a Klara nie doczekała roku. Niestety, nie byłam już w stanie upilnować wszystkiego. 

W podsumowaniu napiszę, że zdecydowanie łatwiej jest, gdy rodzice mają podobne zdanie w wychowaniu swoich pociech i gdy razem krok w krok przestrzegają zasad żywienia, a także razem informują gości, by nie dawali dzieciom słodyczy.. 
W przeciwnym razie to trudna walka, niemalże z wiatrakami.
A tak przy okazji. Mąż wybrał się z dwójką dzieci do babci i co im opowiadał przed wyjazdem? - że u babci czekają na nich tony słodyczy, litry coli, soków z kartoników i innych "przyjemności", których nie chce im dać mama. 
Pozostawię to bez komentarza.

Co do słodzenia różnych potraw to przyznam, że z wielu potraw wyeliminowałam cukier i praktycznie nie używam go, np. kiedyś jadłam płatki górskie z mlekiem i cukrem (co najmniej dwie łyżeczki). Obecnie jem te same płatki, ale z jogurtem, z owocami i czasami z odrobiną ksylitolu.
Nie dodaję już cukru do zup, do herbaty, do kawy (niegdyś słodziłam 3 łyżeczki!), do sałatek, do płatków śniadaniowych. 

W chwilach ogromnej ochoty na słodycze chętnie podaję dzieciom batoniki od Anny Lewandowskiej

Często zdarza mi się, że zamiast cukru używam ksylitolu, choć podkreślę, że samego cukru używam bardzo mało.

piątek, 23 marca 2018

Absolutnie dwie najlepsze książki, jakie w ostatnich miesiącach czytałam dzieciom!!


"Szary domek" Katarzyny Szestak

Kiedyś, gdy pisałam bloga miałam plan, że w każdym tygodniu wystawiam dwa/trzy/cztery wpisy. Teraz cieszę się, gdy pojawia się chwila, kiedy mogę cokolwiek napisać. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam chwilkę, więc szybciutko napisałam moje refleksje o dwóch, absolutnie rewelacyjnych i fantastycznych książkach, które wszystkim gorąco polecam! My systematycznie wracamy do tych książek i z synem czytamy na dobranoc. Pomimo tego, że wiemy, jak się zakończą i wiemy, co się wydarzy to zawsze znajdujemy i odkrywamy w nich coś nowego.

"Szary domek" Katarzyny Szestak i "Córka Bajarza" Moniki Radzikowskiej to moje (i moich dzieci, zwłaszcza Tomka) najulubieńsze książki i odkrycia  w roku 2017!! To takie książki, które czyta się po kilka razy i nadal nie ma się dość. To książki, z których chce się nauczyć niektórych fragmentów, bo są piękne i mądre. To książki, które wywołują uśmiech na twarzy i które mają cudowne przesłania. To książki, których chętnie słuchają dzieci i które mają bardzo oryginalne ilustracje. Książki cudo!! A do tego napisane przez debiutujących pisarzy i zilustrowane przez  debiutujących ilustratorów i  - uwaga - wydane przez Biedronkę! 

"Córka bajarza" Moniki Radzikowskiej

Biedronka od kilku lat prowadzi fantastyczny i oryginalny konkurs "Piórko" na książkę dla dzieci. Jest on adresowany do młodych i jeszcze nie znanych pisarzy i ilustratorów, którzy muszą stworzyć książkę dla dzieci w wieku 4-10 lat. Książka, która wygrywa zostaje opublikowana (w danym roku) przez Biedronkę i jest sprzedawana w sieci tej marki. To oczywiście rewelacyjna reklama dla takiej osoby, a dla czytelników możliwość kupienia pięknej opowieści po dobrej cenie - 9,90 zł. Szkoda, że te książki tak szybko się sprzedają i potem ciężko je gdzieś jeszcze dostać. Można je czasami kupić na allegro lub olx - niestety po dużo wyższych cenach, ale i tak warto:))))
Poniżej przedstawiam streszczenia oraz informacje o autorkach książek oraz ilustratorkach (to zdjęcia z książek, które posiadam), bo warto wspominać także o osobach, które piszą takie piękne książki. 

Na temat tych dwóch opowiadań napisano już wiele i słusznie, pomimo tego i ja dołączyłam do grona zachwyconych czytelników. Uważam, że warto promować coś, co jest piękne i co podoba się zarówno dzieciom, jak i dorosłym.
Polecam Wam ponownie tą książkę i gwarantuję, że jeżeli zaczniecie je czytać, to nie zaśniecie, nim nie przeczytacie ich do końca:)

Kilka słów o autorkach bajki "Szary domek", tj. pisarce i ilustratorce:) ze strony w książce.

Informacja o konkursie Biedronki na książkę dla Dzieci.

 Kilka słów o autorkach bajki "Córka bajarza", tj. pisarce i ilustratorce:) ze strony w książce.

Informacja o konkursie Biedronki na książkę dla Dzieci.