piątek, 2 grudnia 2016

Czy można uodpornić dziecko na choroby?

Mój syrop z cebuli, imbiru, miodu i cytryny:)

Moim zdaniem, nie można uodpornić dziecka samemu. Można mu pomóc nabierać odporności lub może powinnam także napisać, że można w tym nie przeszkadzać, ale nie da się dziecka całkowicie uodpornić. 
Dlaczego? 
Bo nasze dzieci otrzymują od nas, tj. od rodziców bardzo dużo cech, uodpornień i chorób w postaci genów! Jeżeli więc jedno z rodziców jest chorowite, a drugie nie, to na "dwoje babka wróżyła". Dziecko może odziedziczyć odporność jednego rodzica, brak odporności drugiego rodzica, bądź mieszankę obojga.
Mam trójkę dzieci i może nie mam z nimi jeszcze bogatego doświadczenia, ale już swoje wiem. Już widać, które z nich jest na tym etapie bardziej chorowite, a któremu nie szkodzi nawet dziesięciostopniowy mróz. Może to zbyt wcześnie na tego typu wnioski w moim przypadku, ale jak wytłumaczyć to, że jedno dziecko choruje na wirusówkę, a pozostała dwójka nie zaraża się od niego?? 
Jeszcze nie mam całkowitej pewności (i zapewne nigdy nie będę miała), co dobrego (i oby nic złego) moje dzieci dostały od nas w genach, ale pomimo wszystko staram się im pomagać, by na tyle, na ile można, uodporniły się na nabywane choroby. Obecnie od września, czyli od momentu, kiedy rozpoczął się sezon żłobkowo-przedszkolny podaję dzieciom witaminę D3, multisanostol (tak, tak dopuściłam jedną apteczną multiwitaminę) i raz na jakiś czas syrop z cebuli (np. codziennie przez tydzień i przerwa). Staram się też "wciskać" do naszej diety owoce i warzywa i choć z tym jest najtrudniej u Tomka, to czasami nawet odnoszę duże sukcesy;). W każdą pogodę wychodzimy na spacery, oczywiście stosownie się ubieramy, jemy w domu lody i hartujemy gardła. Próbujemy być normalnymi rodzicami i bez jakiejś przesadnej nadwrażliwości podchodzić do dzieci. 
W zeszłym roku ciągle na wszystko uważaliśmy, wszystkiego się baliśmy, byliśmy przesadnie nastawieni. No i co? - nasze dzieci bardzo chorowały i zapewne w 40-60% wpływ na to miały geny, a reszta to już sprawa wychowania i podejścia rodziców.
 Tym razem jest nieco lepiej i mam nadzieję, że będzie bezchorobowo:)

Z mojego doświadczenia:

Jak możemy dziecku pomóc?

  • podawać odpowiednie posiłki w konkretnych porach, np. pora jesienno zimowa często rosół,
  • przygotowywać i dawać profilaktycznie domowe syropy, np. z cebuli bądź z czosnku, 
  • podawać witaminę D3,
  • włączyć do menu zdrowe zielone (warzywne) koktajle, 
  • przy częstych infekcjach przebadać dziecko, czy czasem nie ma np. przerośniętych migdałów i przez to łapie infekcje, które szybko przeradzają się w zapalenie płuc i inne nieszczęścia,
  • może podać jakieś dodatkowe wspomagacze, jak tran lub multiwitamina lub aloes,
  • zaszczepić (jestem zwolenniczką szczepień).


Jak możemy dziecku nie przeszkadzać?
  • nie przegrzewamy,
  • przebywamy dużo na powietrzu w każdą pogodę,
  • wietrzymy mieszkanie,
  • pozwalamy spać w temperaturze 19 stopni,
  • nie ganiamy na dworze i nie wycieramy za każdym razem rączek i nie zakładamy rękawiczek, gdy nie chce,
  • pozwalamy się wybawić na dworze podczas wakacji i gdy dziecko chce w deszczu w krótkich spodenkach biegać po piasku to niech się hartuje i niech biega:).
Co jeszcze robicie dla wzmocnienia dziecka, by uodpornić je na choroby? Jakie są Wasze doświadczenia?


Słoik z syropem przy butelce z wodą dla porównania.

Mój mój zielony koktajl:)

sanostol
Od września podaję dzieciom z przerwami multisanostol.

środa, 30 listopada 2016

Operacja wycinania migdałków u Tomka - jesteśmy już tydzień po zabiegu.

Tomek oczekuje na zabieg i przegląda swoją ulubioną encyklopedię o samochodach:)


Jak już wspominałam we wcześniejszym wpisie, pomimo długiego leczenia farmakologicznego (od 2015 roku) i bardzo dobrych efektów widocznych w kwietniu tego roku, musieliśmy teraz udać się na zabieg. 

Na początku stycznia 2016 roku opisywałam naszą historię z powiększonymi migdałami Tomutka TU LINK. Potem było już tylko lepiej. W kwietniu 2016 roku laryngolog stwierdził, że jeżeli ten stan się utrzyma, to Tomkowi nie będzie już potrzebny zabieg usuwania migdałków. Byłam pewna, że tak właśnie będzie, tym bardziej, że od wiosny do września Tomek nie chorował, nie miał żadnej infekcji, kataru, chrypki, nie chrapał i nie miał bezdechu.

A tu masz babo placek, od momentu pójścia do przedszkola we wrześniu, migdały Tomka na nowo przerosły dopuszczalne granice. Znowu dawały o sobie znać w postaci chorób i różnego rodzaju częstych infekcji. We wrześniu musieliśmy ponownie zaaplikować antybiotyk, z powodu poważnych szumów na oskrzelach i w płucach. Te antybiotyki spędzają mi sen z oczu.

Laryngolodzy stwierdzili jednogłośnie, że należy operować, bo zaoszczędzi to wiele bólu, chorób i utrudnień dziecku. Będzie mu się lepiej żyło. Wcześniej nie chcieliśmy dawać Tomka na operację, by uniknąć skutków ubocznych i ewentualnie wszelkiego rodzaju powikłań. Jednakże w tej sytuacji zmieniliśmy zdanie i po konsultacjach lekarskich Tomek udał się na zabieg. Miał już zarezerwowane miejsce w dziecięcym szpitalu Warszawskim na ulicy Żwirki i Wigury. Byliśmy kierowani na operację już w listopadzie 2015 roku. Wówczas stwierdziliśmy, że robimy, co możemy, by pomimo wszystko udało się wyleczyć Tomka, bez krojenia, ale w kolejce będziemy oczekiwać (w razie czego). 
Niestety nie udało się, co oczywiście nie oznacza, że innym dzieciom także się może nie udać. Osobiście znam dwie kobiety, których dzieci zostały wyleczone farmakologicznie, po czym migdały nie rosły i nie musieli się poddawać operacji ich usunięcia lub zmniejszenia, więc nadzieja dla innych pozostanie. 
Nam się nie udało:( Nasz szpital to ten z ulicy Marszałkowskiej przeniesiony wiosną tego roku na Żwirki i Wigury.
Kolejki na zabieg w tym szpitalu i innych to okres od jednego do półtora roku. Cały czas byliśmy przekonani, że nie skorzystamy z tego miejsca, ale jak znów życie nam pokazało, nieco się myliliśmy.
Przed operacją Tomek poddał się badaniom zgodnie ze wcześniejszymi zaleceniami i skierowaniami. Wszelkie badania były robione w tymże szpitalu 7 dni wcześniej. Po dwóch dniach mąż pojechał z Tomkiem na konsultację do anestezjologa. Podczas tej operacji dzieci są niestety pod narkozą. Na dzień przed operacją mąż pojechał do szpitala i Tomek został przyjęty już na oddział. Jednak ze względu na to, że mieszkamy w Warszawie, to na noc Tomek i mąż wrócili do domu z przykazaniem, że od 24:00 Tomek już nic nie je, a wodę może pić maksymalnie do 6:00 rano. O 7:30 mąż był już z synem w szpitalu. Operacja była zaplanowana na 11:00. Dziecko do ostatniego momentu jest z rodzicem, gdy narkoza zaczyna działać, to jest zabierane na sale operacyjną. Po całym zabiegu, gdy dziecko zostaje wybudzone, jest wołany rodzic.

Nasz Tomutek nie płakał, był bardzo dzielny. Po operacji mąż został z Tomkiem tylko dobę w szpitalu. To także częściowo ze względu na to, że mieszkamy w Warszawie i w razie czego możemy podjechać do szpitala.
Miejsce po wycięciu migdałów bolało Tomka najbardziej przez trzy doby. Przez ten czas był cały czas na środkach przeciwbólowych (nurofen). Przez pierwszą dobę nic nie mówił - jak nie on. Przyjmował tylko płyny, nie chciał nic jeść. Zaczął mówić dopiero w drugiej dobie i to także bez żadnej rewelacji. Trzecia i czwarta doba już było dużo lepiej i co się okazało? - Tomkowi zmienił się trochę głos:)

Tymczasem przez trzy dni musieliśmy przestrzegać kilku zasad:
  • dziecko bezwzględnie nie może skakać, biegać, męczyć się i wykonywać jakiś ćwiczeń, gdyż to może spowodować krwotok i w większości przypadków tak właśnie jest. Lekarka uczulała na to męża i powtarzała, że prawie 80% dzieci wraca na siódmy dzień z krwotokami:(
  • dziecko nie może złapać żadnej infekcji,
  • nie można mu podawać potraw ostro przyprawionych, smażonych, twardych, gorących, kwaśnych, także tych z czosnkiem i cebulą,
  • dziecko nie powinno krzyczeć, śpiewać i głośno rozmawiać...

Niby nie ma tego wiele, ale dla czterolatka taki zestaw zasad to koszmar. W takim wieku dziecko chce się codziennie wyszaleć, wykrzyczeć i wybiegać. Nie jest więc łatwo utrzymać Tomka w zaciszu domowym, w spokoju i niemalże medytacji. No cóż wolimy to, niż ryzyko ponownych odwiedzin w szpitalu.
Tomek pozostanie w domu do końca tego tygodnia i najprawdopodobniej w poniedziałek pójdzie - po czterotygodniowej przerwie - już do przedszkola.
Dobrze dla niego, bo już tęskni za kolegami i wspólnymi zabawami.
A my cóż? - mamy nadzieję, że Tomek przestanie chorować i już długo, albo i najlepiej w ogóle nie będzie przyjmował antybiotyków.
Wielu ludzi odradzało nam ten zabieg i rozumiem ich. Wiecie, jak to jest, takie decyzje podejmują rodzice za dzieci i kierują się zawsze dobrem dziecka. Zazwyczaj to przypadki szczególne, więc trudno korzystać ze złych doświadczeń innych, bo nie wiadomo, jak będzie z naszym dzieckiem, ale wierzymy, że dobrze i lepiej. 
Kiedyś dam znać, czy Tomek choruje i jak zmieniła się jakość życia po zabiegu.

Poniżej kilka zdjęć z pobytu w szpitalu.


Mąż oczekuje na wybudzenie Tomka w jego sali.

Tomutek po operacji, cichutki i nic nie mówi. Tylko spokojnie leżał, a potem zaczął rysować.

W oczekiwaniu na wypis...

środa, 23 listopada 2016

Mąż chory? - czyli masz jedno dziecko więcej w domu...

Wracamy metrem, oczywiście we czwórkę. Klara śpi w wózku:)

Od kiedy jest nas więcej, nie mam już tak dużo czasu na pisanie bloga i bardzo nad tym ubolewam. Czasami mam wrażenie, że pojawiam się tu jako gość. Wszyscy to znamy i wiemy, jak to jest, gdy rodzina się powiększa:) i człowiek układa sobie wszystko na nowo i próbuje wszelkich sposobów, by z jednej strony ułatwić sobie życie, a z drugiej być z dziećmi jak najwięcej.
Czasami śmieję się sama z siebie, bo pomimo mojego napiętego grafiku, ciągle coś chciałabym w niego jeszcze wcisnąć, a tak się nie da. 
Duża rodzina oznacza inną organizację wszystkiego, bo i posiłek należy przygotować większy (jedna dodatkowa osoba zazwyczaj nie robi różnicy, ale więcej o dwie lub trzy osoby to już różnica), zrobić większe pranie i większe zakupy, czas na zabawę zaplanować inny (by dogodzić każdemu), odprowadzić dzieci na zajęcia, do żłobka, czy przedszkola, znaleźć czas dodatkowy dla każdego dziecka w ciągu dnia i w końcu też usiąść z drugą połówką i porozmawiać (nawet o głupotach), może obejrzeć jakiś film, przeczytać książkę, posłuchać muzyki, albo ot być ze sobą.

Jeżeli w dużej rodzinie (gdzie dzieci są jeszcze małe i nie ma dodatkowej pomocy) zachoruje jeden z rodziców to jest zupełna klapa. Na tego drugiego spada dosłownie wszystko. 
Tak się właśnie niedawno stało u nas. Mąż zachorował i całkowicie rozłożył się na łopatki. Leżał i był nieprzytomny. Musiałam wezwać lekarza do domu. Diagnoza: angina. 
Takim oto sposobem do opieki nad trójką dzieci otrzymałam jeszcze jedno w postaci chorego męża.

Nie cierpię, gdy mój mąż choruje (hmmm, dlaczego ja nie choruję???). Zawsze sobie myślę, że nie dosyć, że 90% w domu robię ja, to specjalnie zachorował, bym jeszcze na jakiś czas straciła te 10%, które dla mnie wiele znaczą. Co więcej w czasie, kiedy mąż chorował mieliśmy zaplanowane wyjście na urodziny do dawno niewidzianych znajomych. Cieszyłam się tak bardzo, że już moje dzieci powtarzały, że mama się cieszy, bo idzie na urodziny. A tu masz Ci babo placek! - z urodzin nici. Teraz już wiem, że nie można się tak bardzo z czegoś nadchodzącego cieszyć, bo los może nam zrobić psikusa.

Podczas choroby męża mój dzień zaczynał się od 6:00, a kończył o 22:00 i mało było czasu na przerwę lub choćby filiżankę herbatki. Czy kiedyś nadrobię takie drobne sprawy? - raczej nie, bo życie idzie dalej i nie ogląda się za siebie.
Dobrze, że mogłam odprowadzić córkę do żłobka, to w domu byłam z dwójką dzieci + mąż. Posiłki dla Tomka, karmienie Klary, spacery dla obu, pomoc mężowi, zajęcia dla Tomka, a po 15:00 czytanie dzieciom, powtarzanie ćwiczeń, kąpiel, sen, pranie, sprzątanie po wszystkim i jeszcze inne domowe sprawunki. Kto, jak nie kobiety wiedzą, dlaczego w takich sytuacjach nie odbieram telefonu? Jak rozmawiać z kimś, skoro ma się tysiące spraw na głowie i małe dzieci, które mało rozumieją i żądają 100 procentowej uwagi?

Dlaczego Tomek był w domu? Ano wczoraj Tomek miał w szpitalu zabieg usunięcia migdałów i nie mogliśmy dopuścić, by zachorował. Nie mógł mieć nawet słabego kataru, więc musiał zostać w domu. 

Ubolewam nad tym, że zabieg był konieczny, bo chciałam tego uniknąć dla zasady, jak to niektórzy mówią: "nie ruszaj g..., bo zacznie śmierdzieć", ale czasami się nie da i musieliśmy się zdecydować. O efektach będę informować zainteresowanych. Na razie jestem lekko przerażona, co i jak będzie dalej.


A na naszych zdjęciach, my podczas spacerów i czytania książek. Kocham chodzić z dziećmi na spacery i choć czasami jest to bardzo stresujące to ich uśmiechnięte minki wszystko mi wynagradzają. Dzieci są bardzo spontaniczne i prawdziwe, na bieżąco dają znać, co im się podoba i uwielbiam to w nich. My fanatycznie wręcz chodzimy do lasu i nad stawy karmić kaczki. Uwielbiamy też czytanie książek. Gorzej z wyborem tej, którą mama ma przeczytać w danym momencie. Zarówno Tomek, jak i Karinka mają swoje preferencje i zazwyczaj należy przeczytać im co najmniej dwie książeczki, lub dwa opowiadania. W przeciwnym razie jest płacz, lament i niekończące się dyskusje. Niekiedy zastanawiam się, jak na to reagować, czy czytać w nieskończoność? Czy może postawić granicę? W zależności od sytuacji, staram się odpowiednio podjąć decyzję i odpowiednio wytłumaczyć to dzieciom. Czasami bywa śmiesznie, bo czytam i czytam i po trzecim opowiadaniu, bądź książeczce bywam śpiąca i normalnie przysypiam. To nic, że jest godzina 19:00 lub 20:00. Jestem po całym dniu tak zmęczona, że nie panuję już nad tym:) Wówczas dzieci krzyczą: mama nie śpij! Śmieszne to trochę:))))

Tymczasem mąż stanął na nogi dopiero w piątym dniu choroby. Lekarza wzywaliśmy dwa razy, bo gorączka przewyższała przez trzy dni 40 stopni i nie pomagały ani antybiotyki, ani okłady. Mąż był od nas odseparowany, a ja spałam z trójką dzieci.
W ciągu dziesięciu dni schudł ponad 5 kg.

cdn...


Karina oczywiście tradycyjnie karmi kaczki i siebie. Nie wiem, dlaczego dzieci lubią jeść stare bułki:)

W lesie jest cudnie jesienią...

Niestety Karinka do zaśnięcia potrzebuje czasami smoka:(

piątek, 11 listopada 2016

Siedem miesięcy po cesarce - tym razem o mnie



Wiedziałam o tym, że po trzeciej ciąży nie będzie tak łatwo do siebie dojść. Przygotowałam się na to, że z moją kondycją będzie ciężko na początku, ale i że trudno będzie wrócić do formy po tak długim czasie. 
I dobrze, że o tym wszystkim wiedziałam, bo proszę mi wierzyć, nie jest łatwo. Kobiety po ciąży muszą o siebie dbać i bardzo nad sobą pracować, by wrócić do stanu sprzed ciąż, by ciało wyglądało tak jak niegdyś, by włosy wróciły do swojej formy, by nie stracić zębów, by wyglądać równie atrakcyjnie i by się czuć dobrze. Zdecydowanie mężczyźni są w o wiele lepszej sytuacji, gdy rodzina się powiększa, ale nie o tym chcę pisać. 
Wątek mężczyzn zostawię na inny czas. Na szczęście my, kobiety, mamy możliwość doświadczyć wielu innych emocji związanych z narodzinami dziecka, więc muszę przyznać, że te wszystkie niedogodności wynagradzają mi moje dzieci. Bywa z nimi ciężko, ale jest też mnóstwo sytuacji, spędzonego czasu, wspólnych poranków, posiłków, wycieczek etc., których nie oddałabym za nic. Te wszystkie okoliczności mają na kobiety bardzo dobry wpływ i wówczas nabiera się sił, energii, optymizmu i cierpliwości do dalszego życia.
Zarówno trzecia ciąża w tak bliskim odstępie czasu, jak i trzecia cesarka, były dla mnie ogromnym ryzykiem. Cieszę się, że wszystko się udało i pomimo, że jeszcze wracam do Siebie, to czuję się już znacznie lepiej. Obecnie mogę już sobie pozwolić na wiele więcej niż jeszcze dwa miesiące temu.

Waga już prawie ta sama, a do osiągnięcia pełni szczęścia muszę zrzucić jeszcze około 3 kg. Po cichutku przyznam się, że wolałabym być nieco szczuplejsza, więc mam nadzieję, że zgubię jeszcze jakieś 5-6 kg. W sumie w ciągu 6 miesięcy schudłam 15-16 kg. Uważam, że to bardzo dużo, ale należy zauważyć, że pierwsze kilogramy gubi się bardzo szybko, następne już bardzo wolno, więc cierpliwość w tym jest także bardzo pożądana. Osobiście nie zalecam jakiś diet odchudzających. Sama spróbowałam i o mało nie straciłam mleka, więc szybko wróciłam do normalnego odżywiania i normalnego systematycznego jedzenia posiłków.

Tymczasem w odchudzaniu na pewno pomaga karmienie dziecka. 
Karmię Klarę cały czas (bez dodatku mleka sztucznego, bez dokarmiania mlekiem sztucznym) i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Wcześniej chciałam, by choć jedno dziecko przywykło do picia mleka z piersi tak mocno, że będę musiała długo pracować nad nim, by wypiło inne mleko lub przeszło na inne jedzenie. I co się okazało? Okazało się, że moje marzenie się spełniło. He he, ktoś kiedyś powiedział, by uważać o czym się marzy, bo marzenia mogą się spełnić - święta racja:))))) (szkoda tylko, że moje marzenia o wygraniu w totka jeszcze się nie spełniło;))

Myślę, że będę jeszcze karmić Klarę do jej roku. Na pewno długi urlop macierzyński mi w tym pomaga.

Forma po ciążach jest w tragicznym stanie. Gdy pomyślę, jak ona wyglądała przed ciążami to zastanawiam się, czy uda mi się osiągnąć poziom sprzed lat - choć w 80%.

W związku z wiekiem i tym, że jednak jestem ostrożna w tym, co robię powoli zaczynam ćwiczyć. Nie chcę na siłę udowadniać jakim jestem herosem, chcę odpowiednio i bez uszczerbku dla mojego zdrowia wrócić do siebie. Dlatego oszczędzam się i bez pośpiechu wracam do normalności przed ciążowej. Mam cichą nadzieję, że za kilka lat znów przebiegnę maraton:)

Po ciąży nie zostały mi plamy na twarzy, a poprzednie zniknęły lub bardzo się zmniejszyły (jestem tym bardzo mocno zaskoczona). Żylaki, które w znacznym stopniu pokazały się w trzeciej ciąży także zniknęły. Nie boli mnie ani kręgosłup, ani nadgarstki (przynajmniej na razie). Rana po cesarce goi się i już zanika. Wiem, że po około roku od cesarki będzie już blada i praktycznie niewidoczna (oby w środku było tak samo).

Tak więc nie jest źle i nie ma powodów do wielkich narzekań poza tym, że brzuch jest w stanie opłakanym i na razie lekkie ćwiczenia jeszcze nic nie pomagają. Pomimo to jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że i ten wróci do normy. Czasami mam ochotę zapytać jakiejś mamy-gwiazdy z pierwszych stron gazet, czy także dużo ćwiczyły, by osiągnąć perfekcyjny wygląd..., np. Justyna Steczkowska?  Może kiedyś to zrobię:)

Tym razem dbam także nie tylko o stronę materialną, fizyczną, ale także o tą psychiczną i mentalną mojej osoby. Co najmniej dwa razy w tygodniu wychodzę sama z domu do ludzi na godzinę lub dwie. Ot po prostu na zewnątrz, na spacer, na spotkanie, szkolenie, do teatru, czy na koncert. Oczywiście bez dzieci i bez męża. To bardzo dużo daje, pozwala nabrać dystansu, uczy doceniać to, co się ma i bardzo odrywa od wszystkich niby problemów, czy różnego rodzaju innych bolączek, które w gruncie rzeczy są bardzo przyziemne, ale w moim życiu zyskują najwyższą rangę.
Czasami ciężko wyjść z domu i jakoś tak źle mi z tym, że zostawiam dzieci i nawet nie pociesza mnie fakt, że dzieci zostają z tatą. To się nazywa zbyt duże przywiązanie i należy nad  tym pracować. Powinno być tak, że dzieci widzą, iż czasami także mama gdzieś wychodzi, że mama ma jakieś potrzeby lub że się w coś angażuje, coś robi dla siebie, ma jakieś pasje, hobby, czy zainteresowania. Przez to przecież i nasze dzieci zyskują, więc nad tym pracuję:)