piątek, 6 kwietnia 2018

Moja rodzina kiedyś (1978) i dziś (2017)...

Moja rodzina, gdy miałam kilka lat i moja rodzina, gdy mam czterdzieści kilka lat. Czy widzicie podobieństwo?

Ostatnio, gdy mam tylko chwilę (bywa to zazwyczaj nocą), to porządkuję stare rodzinne zdjęcia. Nie mam ich dużo (generalnie w rodzinie nie mamy ich sporo, ale warto je uporządkować, zeskanować i jakoś wydać), a szkoda. No cóż czasy były inne, bo nie było telefonów komórkowych, którymi rejestruje się każdą chwilę. Nie było tyle aparatów fotograficznych, a jak były to drogie i nie na każdą kieszeń. Jeżeli chciało się zrobić zdjęcie to należało pójść do fotografa. U nas w miejscu, gdzie mieszkałam w latach siedemdziesiątych był tylko jeden fotograf na całą okolicę!! I nie był tani:(
W tej sytuacji i zdjęć było mało. Zdjęć z dzieciństwa, które przypadało na lata siedemdziesiąte mam niewiele i bardzo tego żałuję, choć nie moja to wina. Miło było by teraz na siebie popatrzeć i wiedzieć, jak się wyglądało dawniej. Szkoda, że nie ma też żadnych filmów, bo chętnie oglądnęłabym siebie, jak stawiam pierwsze kroki, jak zaczynam mówić i jak się zachowuję. 
Dobre jest to, że choć cokolwiek się uchowało i można na przykład porównać, czy nasze dzieci są takie, jak my, gdy byliśmy mali:))))

I dlatego porównuję, co mam. Spójrzcie poniżej dwa zdjęcia dwóch rodzin. Dwóch moich rodzin. Na pierwszym zdjęciu jestem z rodzicami. To zdjęcia z lat siedemdziesiątych, tj. około 1978 rok. 
Ja, to ta mała, uśmiechnięta dziewczynka po lewej stronie na kolanach taty. Jestem w sweterku, którego jeszcze pamiętam! Zdjęcie zrobione oczywiście u fotografa:) 

A jeszcze niżej zdjęcie także mojej rodziny, ale gdy ja jestem już mamą. To rok 2017 i spontanicznie zrobione zdjęcie w mieszkaniu. To zdjęcie przypomina mi bardzo to sprzed czterdziestu lat. Rodzice na kolanach mają dwie córeczki a za nimi stoi najstarsze dziecko.

Wydaje się, że Klara, która siedzi na kolanach męża jest bardzo do mnie podobna. Szkoda, że na tym zdjęciu akurat nie uśmiecha się, ale podobieństwo jest moim zdaniem bardzo widoczne. Moja córeczka Karinka wydaje się też być bardzo podobna do mojej siostry, która siedzi na kolanach mamy. 
Jakby nie było to wszystko rodzina:)



Moja rodzina około 1978 roku. Ja, to ta dziewczynka na kolanach taty po prawej stronie.

Moja rodzina w 2017 roku. Jestem już mamą i także siedzę po prawej stronie, ale na kolanach trzymam moją córeczkę:)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Słodycze, to nasze przekleństwo;)...

Na Święta Bożego Narodzenia Tomek i Karinka dostały od Ciocie torbę słodyczy...

Słodycze to moja zmora. Nie cierpię "walki" ze słodkościami, a ciągle z nimi walczę. Nie dość, że sama lubiłam zawsze bardzo słodycze to teraz moje dzieci je także lubią. Dużą przesadą będzie, jeżeli napiszę, że je uwielbiają, raczej lubią.
Gdy byłam mała, słodycze nie były dostępne. Znałam smak landrynek i cukierków toffi z PRL. Wszystkie inne rzeczy zawsze pozostawały w sferze marzeń. Gdy ktoś przyjeżdżał z Niemiec lub był w większym mieście i robił zakupy w słynnym Pewex-ie, wówczas miałam możliwość wraz z rodzeństwem spróbować czekolady, toblerone, kokosów w czekoladzie lub innych smakołyków. To było coś niesamowitego, gdy dostawaliśmy po rządku czekolady... Ten smak, ta woń i ten niedosyt. Pamiętam to uczucie jeszcze dzisiaj. 
Czy Ktoś pamięta jeszcze słodycze z PRL-u?

Obecnie żyjemy już w czasach, gdy wszystko jest w sklepach, a słodycze są tak wszechobecne, jak tlen. Te zaś i cukier w nich zawarty nie pomagają rodzicom w prawidłowym odżywaniu dzieci. Nie jesteśmy w stanie ukryć przed dziećmi witryn sklepowych, wszystkich miejsc, gdzie są słodycze. Nie jesteśmy w stanie uchronić ich od wszystkich ludzi, którzy chcą być kochani i mili i serdeczni i częstują dzieci słodyczami. W mentalności wielu osób, przede wszystkim starszych oraz tych, które nie mają dzieci a sami lubią słodycze, tkwi przekonanie, że dziecku należy podarować coś słodkiego (niegdyś także wychodziłam z takiego założenia, bo nie miałam dzieci). W naszym domu, to ja jestem (wbrew pozorom) tą złą osobą i to ja ciągle mówię, że słodycze są złym wyborem. Staram się edukować te moje (jeszcze) maluchy i czasami jest lepiej, a czasami gorzej. Chciałbym kiedyś usłyszeć od mojego dziecka odmowę przyjęcia czegoś słodkiego. 
Czy to jest realne?

W domu nie jemy dużo słodyczy. Mamy słodką sobotę, podczas której nasze pociechy maja serwowane słodkości, ale czasami o tym zapominamy. W tygodniu dzieci dostają codziennie po jednej rzeczy, np. lody, flipsy, paczkę żelek (na trójkę), batonik od Anny Lewandowskiej (zdjęcie poniżej). Gdy jestem z nimi sama, to przestrzeganie wszelkich reguł przychodzi mi łatwiej. Wówczas częściej jako deser, czy przysmak podaję owoce, galaretkę z owocami, suszone owoce, koktajl lub sok z owoców itp., ale zdarza mi się także podać naleśniki z twarogiem na słodko, gofry z pudrem, albo budyń. Sama też przy dzieciach przestrzegam diety słodyczowej.

Gorzej, gdy w domu jest tatuś, który sam je bardzo mało słodkiego, ale nie widzi powodów, by je ograniczać dzieciom. Jeżeli mnie nie ma dłużej (np. kilka godzin), to robi "stół szwedzki z samych słodyczy" dla dzieci. Wówczas mówi, że nie ma mamy i jest święto, bo wszystko można. To dla mnie najgorsza rzecz pod słońcem. Wówczas dzieci nie chcą jeść nawet posiłku. Oczywiście dowiaduję się o tym natychmiast, bo dzieci powiedzą wiele, a moje czasami nawet dodadzą coś do tego, by nieco podkoloryzować. To jest powód do moich niefajnych dyskusji z mężem, ale mąż nic sobie z tego nie robi. Też tak macie?

Jak to wygląda od strony moich dzieci? 
Ano Karinka jest na szczęście bardzo wybredna i owszem poczęstuje się wszystkim, ale zje z tego niewiele. W różnych okresach ma swoje ulubione przysmaki, które często się zmieniają. Czasami nawet nic nie chce słodkiego. Bardziej przekonują ją produkty typu sok z owoców lub taki "zdrowszy baton".
Tomek jest ogromnym łasuchem i pomimo złych skutków ubocznych jedzenia przez niego słodyczy (wysypki, uczulenia, swąd skóry i zatwardzenie), mógłby się nimi napychać całe dnie. A Klara je obecnie wszystko, co dostanie. Mówimy, że jest małym śmietnikiem.
To są jeszcze małe dzieci, więc edukacja w tej sferze jest bardzo ważna. Chciałabym, aby brały sobie do serca raczej to, co mówię ja niż mąż i bardzo chciałabym, aby nie brały słodkości od innych, jakby to było coś super niedostępnego. Dlatego też nie ograniczamy całkowicie słodyczy. Chcemy, by wiedziały, że coś takiego istnieje i owszem można to jeść, ale z umiarem i kontrolą. Nie wyobrażam sobie, co się dzieje, gdy dzieci są w szkole, a szkolne sklepiki bombardują wszystkich swoją ofertą słodkich specjałów??

Tymczasem tak informacyjnie, Tomek wziął do ust po raz pierwszy coś słodkiego, gdy miał 2 lata. Do tego czasu chroniłam go zawzięcie i mi się udawało, bo był sam i mieliśmy nad nim (i towarzystwem) całkowitą kontrolę. Karinka, niestety, już w wieku około roku została poczęstowana przez brata czymś słodkim, a Klara nie doczekała roku. Niestety, nie byłam już w stanie upilnować wszystkiego. 

W podsumowaniu napiszę, że zdecydowanie łatwiej jest, gdy rodzice mają podobne zdanie w wychowaniu swoich pociech i gdy razem krok w krok przestrzegają zasad żywienia, a także razem informują gości, by nie dawali dzieciom słodyczy.. 
W przeciwnym razie to trudna walka, niemalże z wiatrakami.
A tak przy okazji. Mąż wybrał się z dwójką dzieci do babci i co im opowiadał przed wyjazdem? - że u babci czekają na nich tony słodyczy, litry coli, soków z kartoników i innych "przyjemności", których nie chce im dać mama. 
Pozostawię to bez komentarza.

Co do słodzenia różnych potraw to przyznam, że z wielu potraw wyeliminowałam cukier i praktycznie nie używam go, np. kiedyś jadłam płatki górskie z mlekiem i cukrem (co najmniej dwie łyżeczki). Obecnie jem te same płatki, ale z jogurtem, z owocami i czasami z odrobiną ksylitolu.
Nie dodaję już cukru do zup, do herbaty, do kawy (niegdyś słodziłam 3 łyżeczki!), do sałatek, do płatków śniadaniowych. 

W chwilach ogromnej ochoty na słodycze chętnie podaję dzieciom batoniki od Anny Lewandowskiej

Często zdarza mi się, że zamiast cukru używam ksylitolu, choć podkreślę, że samego cukru używam bardzo mało.

piątek, 23 marca 2018

Absolutnie dwie najlepsze książki, jakie w ostatnich miesiącach czytałam dzieciom!!


"Szary domek" Katarzyny Szestak

Kiedyś, gdy pisałam bloga miałam plan, że w każdym tygodniu wystawiam dwa/trzy/cztery wpisy. Teraz cieszę się, gdy pojawia się chwila, kiedy mogę cokolwiek napisać. Tak właśnie było dzisiaj. Miałam chwilkę, więc szybciutko napisałam moje refleksje o dwóch, absolutnie rewelacyjnych i fantastycznych książkach, które wszystkim gorąco polecam! My systematycznie wracamy do tych książek i z synem czytamy na dobranoc. Pomimo tego, że wiemy, jak się zakończą i wiemy, co się wydarzy to zawsze znajdujemy i odkrywamy w nich coś nowego.

"Szary domek" Katarzyny Szestak i "Córka Bajarza" Moniki Radzikowskiej to moje (i moich dzieci, zwłaszcza Tomka) najulubieńsze książki i odkrycia  w roku 2017!! To takie książki, które czyta się po kilka razy i nadal nie ma się dość. To książki, z których chce się nauczyć niektórych fragmentów, bo są piękne i mądre. To książki, które wywołują uśmiech na twarzy i które mają cudowne przesłania. To książki, których chętnie słuchają dzieci i które mają bardzo oryginalne ilustracje. Książki cudo!! A do tego napisane przez debiutujących pisarzy i zilustrowane przez  debiutujących ilustratorów i  - uwaga - wydane przez Biedronkę! 

"Córka bajarza" Moniki Radzikowskiej

Biedronka od kilku lat prowadzi fantastyczny i oryginalny konkurs "Piórko" na książkę dla dzieci. Jest on adresowany do młodych i jeszcze nie znanych pisarzy i ilustratorów, którzy muszą stworzyć książkę dla dzieci w wieku 4-10 lat. Książka, która wygrywa zostaje opublikowana (w danym roku) przez Biedronkę i jest sprzedawana w sieci tej marki. To oczywiście rewelacyjna reklama dla takiej osoby, a dla czytelników możliwość kupienia pięknej opowieści po dobrej cenie - 9,90 zł. Szkoda, że te książki tak szybko się sprzedają i potem ciężko je gdzieś jeszcze dostać. Można je czasami kupić na allegro lub olx - niestety po dużo wyższych cenach, ale i tak warto:))))
Poniżej przedstawiam streszczenia oraz informacje o autorkach książek oraz ilustratorkach (to zdjęcia z książek, które posiadam), bo warto wspominać także o osobach, które piszą takie piękne książki. 

Na temat tych dwóch opowiadań napisano już wiele i słusznie, pomimo tego i ja dołączyłam do grona zachwyconych czytelników. Uważam, że warto promować coś, co jest piękne i co podoba się zarówno dzieciom, jak i dorosłym.
Polecam Wam ponownie tą książkę i gwarantuję, że jeżeli zaczniecie je czytać, to nie zaśniecie, nim nie przeczytacie ich do końca:)

Kilka słów o autorkach bajki "Szary domek", tj. pisarce i ilustratorce:) ze strony w książce.

Informacja o konkursie Biedronki na książkę dla Dzieci.

 Kilka słów o autorkach bajki "Córka bajarza", tj. pisarce i ilustratorce:) ze strony w książce.

Informacja o konkursie Biedronki na książkę dla Dzieci.

poniedziałek, 19 marca 2018

Nauka czytania przedszkolaka - Tomek już czyta!! - część III

To pierwsza przeczytana książeczka z tekstem bez podziału na sylabki:))))

Już w roku 2016 nosiłam się z planami nauczenia moich dzieci czytania przed pójściem do szkoły. Pisałam o tym TU. Tamtym razem nie wychodziło mi to najlepiej. Nie miałam pewności, czy dobrze się do tego zabieram, czy dziecko jest odpowiednio gotowe i czy to na pewno ma sens. Choć w sens wierzyłam, to ciężko było zrealizować moje postanowienie.
W związki z tym zrobiłam sobie przerwę i powróciłam do tematu w następnym roku. Pisałam o tym na blogu TU. Do wakacji efekty były słabe, bo syn, choć sporo się nauczył, to nadal nie potrafił samodzielnie czytać. Miał już sporą wiedzę na temat sylab, samogłosek, spółgłosek i liter, ale nadal brakowało pożądanego czytania.
Wzięłam udział w płatnych warsztatach nauki czytania dzieci metodą sylabową profesor Jagody Cieszyńskiej. Pomyślałam, że być może ja robię jakiś błąd. Może nie podchodzę do nauki syna w odpowiedni sposób lub może nie potrafię w dobrze przekazać wiedzy.
Pół żartem i pół serio napiszę, że po warsztatach przejrzałam na oczy. Dotarło do mnie, jak wiele drobnych, ale znaczących błędów robiłam i jak sama utrudniałam naukę czytania. Warsztaty nauczyły mnie, w jakiej kolejności, co robić. Pokazały różne możliwości nauczania dzieci. Uzmysłowiły, że to nie jest prosta sprawa a ciężka harówka i nakazały wręcz ruszyć głową i wymyślać sposób dotarcia do dziecka, by wszystko to, co chcę mu pokazać, do niego przemówiło. Po tym ruszyłam ponownie z nauką we wrześniu 2017 roku. 
Tomek zaczął czytać już w grudniu. Tak, znienacka, z zaskoczenia, podczas powtarzania kolejnych sylabek (przed ukończeniem wszystkich zeszytów z pierwszej serii), mój syn czytał. Byłam tak mocno zaskoczona i szczęśliwa, że mój syn patrzył na mnie i pytał, co się stało, że tak reaguję, że przecież chciałam, by czytał.
Ja, po prostu, po tylu miesiącach nauki, prób i ćwiczeń osiągnęłam wreszcie to, na czym mi bardzo zależało i byłam (ba, nadal jestem!) z tego dumna i szczęśliwa. Gdy słucham, jak on pięknie czyta, jak składa sylaby, jak już wiele wyrazów czyta wzrokowo, to łzy ze szczęścia lecą mi same. A to przecież taki banał! 
Macierzyństwo potrafi zmienić punkt widzenia:)

Moje refleksje...
Nauka czytania metodą symultaniczną-sekwencyjną to bardzo wymagający sposób nauki, zobowiązuje do codziennego ćwiczenia i nauki wielu sylab i paradygmatów. Te zobowiązanie dotyczy przede wszystkim rodziców i to oni muszą dziecko odpowiednio zmotywować do ćwiczeń i powtarzania. 
Wyobraźcie sobie, że każdego dnia siedzicie z dzieckiem jedną godzinę i uczycie go skomplikowanych sylab? 
Rodzice muszą być konsekwentni, pomysłowi, cierpliwi, wygadani i przekonywujący. Do tego powinni mieć silną wolę i ambicję sięgającą zenitu. Sama podczas codziennych ćwiczeń, wiele razy myślałam, że dam już sobie spokój, że może jednak odłożę to i poddam się, ale zaraz potem wracałam i z (niekiedy) wymuszonym uśmiechem na twarzy znajdowałam nowy sposób na uatrakcyjnienie zajęć.
Niestety czasami bywa bardzo ciężko. Jednego dnia dziecko bardzo chce się uczyć, a innego nie jest w nastroju, by powtarzać coś nawet tylko przez 5 minut. A do tego wokoło biega jeszcze dwójka dzieci, które pożądają uwagi, chcą się bawić z mamą, bo tata w pracy. Czasami nie wiem, jak ja tego dokonałam, jak dałam radę bez pomocy i z trójką dzieci.
Obecnie uczę Karinkę sylab, ale robię to spokojnie, bez pośpiechu ale systematycznie i konsekwentnie.